Poranek w Glänzbergu nadszedł cicho, jakby nie chciał obudzić śpiących jeszcze domów rozciągających się leniwie po obu brzegach rzeki. Ale na południowym krańcu miasta, gdzie kończyły się brukowane alejki i zaczynał niepozorny, gliniasty plac na pagórku działo się coś, co nie pasowało do zwyczajnego ospałego poranka.
Na skraju tego terenu, w kurtce z podwiniętymi rękawami, stał Oberstam Albert Fryderyk de Espada, wpatrzony w wieczorne zamglenie unoszące się nad murawą. Za jego plecami zbierali się powoli robotnicy, inżynierowie, kilku studentów ze stolicy i oczywiście nieodłączni urzędnicy z Die Erz, co zawsze przychodzili zbyt wcześnie, ale bez nich nic w tym mieście się nie działo.
-
Staliście kiedyś tak wysoko na szczycie Glanzbergu w czasie mgły? - zapytał retorycznie Oberstam, nie odrywając wzroku od ziemi. -
Człowiek nic nie widzi poza szczytami do okoła doliny, ale wie, że coś tam pod spodem jest. Taki jest też nasz stadion. Wciąż go nie ma, ale ja go już widzę. -
Obok niego stanął Jorik de Meer , jego doradca ds. inwestycji, trzymając zwinięty plan techniczny pod pachą, a w dłoni kubek z kawą.
-
Wiesz... ludzie w Glänzbergu śmieją się, że postawienie stadionu prawie od zera na czas mundialu to jak nauka świni baletu -
Oberstam spojrzał na niego z tym swoim półuśmiechem, wstrzymując się by nie parsknąć śmiechem pod nosem.
-
A potem się dziwią, że świnia naprawdę zatańczyła -
Za ich plecami młody technik oznaczał taśmą granicę przyszłej trybuny północnej. Wkrótce ziemia miała tu zostać rozorana i przygotowana pod fundamenty. Stare, drewniane ławki, które przez lata służyły jako „trybuny”, miały trafić do miejskiego archiwum w Die Erz, jako eksponaty muzealne. Nawet te z wyrytymi inicjałami kibiców.
-
Herr Espada, czy to na pewno dobry pomysł? Wie pan… podatki, glosy, nie każdy lubi piłkę. - zagadnął jeden z radnych, starszy jegomość w kapeluszu, którego nazwiska nikt już nie pamiętał, ale który zawsze miał coś do powiedzenia.
-
Nie chodzi o piłkę, Herr Westendorff - odpowiedział spokojnie Oberstam -
Chodzi o to, żeby dzieciaki miały gdzie biegać, żebyśmy mieli z czego być dumni. Żeby raz do roku ktoś zapytał: A co tam w Glänzbergu? A tak poza tym dostaliśmy takie polecenie więc trzeba się z niego wywiązać i to najlepiej na czas
Na to wszystko z oddali przysłuchiwał się Franz Liszt, jeden z inżynierów, który wcześniej pracował przy trasie Glanzbergringu. Przekrzywił głowę i westchnął.
-
Jak stadion będzie miał choć połowę wkładu i rozmachu co tor wyścigowy, to się zapiszecie w annałach Kotliny, Herr de Espada -
-
Miejmy taką nadzieję Herr Liszt, miejmy nadzieję - powiedział Oberstam z uniesioną dłonią, jakby na niewidzialnej mapie kreślił kontur nowej trybuny,